Rozdział II

czwartek, 25.czerwca.2009, 18:16

Alice z uśmiechem na twarzy otworzyła oczy. Przez chwilę nic nie widziała. Mgłą ją otaczała, jak by dym ze świecy gdy też magiczna gęsta para wodna. Pomrugała oczami, obraz zaczął się stabilizować. Uśmiech zniknął z jej twarzy tak szybko jak się pojawił. Przed nią wyrosły sylwetki mężczyzn, wyższych od niej i na pewno nie byli oni mili.
-Armani...to chyba nie jest miejsce gdzie mieliśmy iść- zaczęła i odwróciła się do Willa. Nie miał serca ją tak zaskakiwać. Była taka sama jak Elizabeth. Tak bardzo mu ją przypominała. Nie wątpił, że jest córką Barbossy, chociaż on mógł kłamać. Jest mężczyzną, dorosłym, więc mógł ją wykorzystać, ale...Nie! To na pewno nie w jego stylu...
Barbossa przepchał się przez tłum i odepchnął Jacka brutalnie. Oczywiście „nie chcący”. Stanął przed Alice mierząc ją wzrokiem. Co zaskoczyło Willa nie był obleśny. Patrzył na nią jak ojciec na córkę. Dziewczyna zaczęła drżeć.
-Kochanie!- krzyknął i objął ją czule. Grymas Alice świadczył o niezadowoleniu, które wprawiło wszystkich piratów w dobry nastrój. Zrobiła się sztywna. Patrzyła przez chwilę na Barbossę z lękiem. Jej oczy biegały po pokładzie szukając czegoś co by jej się przydało. Tak... szabla była by znakomita. Niegdyś Alice chciała zostać marynarzem co jej się udało, ponieważ pewnego dnia kapitan statku odkrył, że jest kobietą. Traumatyczne wspomnienie …
-Armani....- zaczęła udając zaniepokojoną.
-Will! To jest Will!- krzyknął Barbossa patrząc wciąż na nią. Odwróciła się do Willa
-Też bierzesz w tym udział?- spytała tak cicho, że musiał przybliżyć się do niej. Jej dłonie spoczęły na jego brzuchu...
-Nie...panienko...- zaczął i nagle zrobił się cały czerwony. Alice uśmiechnęła się złośliwie.
-Will co ty z nią...- Zaczął Barbossa, lecz poczuł zimny koniec szabli. Jego oczy powędrowały ku rękojeści i spoczęły na dłoni dziewczyny.
-Tak! To na pewno twoja córka! Charakterek ma po tobie!- krzyknął Jack wychodząc z tłumu. Obok niego przeleciał mały sztylet. Pobiegł za nim oczami, po czym spojrzał na Alice- Chyba...nie trafiłaś
-Gdybym chciała już byś leżał martwy- odpowiedziała przez zęby.
-Kochanie...- Zaczął Barbossa.
-Nie mów tak do mnie... proszę- powiedziała słodko wciąż mierząc w pirata.
-Proszę! Jakie to słodkie!- krzyknął rozdrażniony Jack.
-Jack! Jeśli ci życie miłe to się ZAMKNIJ!- krzyknął Barbossa czując ciepłą krew, która ciekła mu z nosa.
-Alice spokojnie. Nie chcemy ci zrobić krzywdy- powiedział Will stojąc za nią. Spojrzała na niego.
-Więc czemu tu jestem?- spytała łamiącym się głosem. To nie był zwykły pojedynek między nią, a jej braćmi...to byli piraci...
-Twoje prawdziwe imię to Alice de Gloth Rozmariene Torsez Barbossa, Gerarde to mój były przyjaciel, brat...? Nie ważne! Miał się tobą opiekować, bo ja...jak widzisz nie mogłem- powiedział spokojnie Barbossa łapiąc szablę.
-I co ze mną zrobicie?- spytała
-Zabieramy cię ze sobą złotko!- krzyknął jakiś pirat biorąc ją na ręce. Zaczął biec pod pokład, lecz nie zdążył kula przeszyła jego głowę wylatując z drugiej strony. Alice upadła na ziemie jak całe ciało pirata. Rozejrzała się po pokładzie by wiedzieć kto ją uratował. Pirat z czerwoną chustą na czole i koralikami we włosach jeszcze trzymał rękę w powietrzu, a z pistoletu się dymiło. Uśmiechnął się do niej lekko i nagle wszyscy się rozeszli.
-To jak? Płyniesz z nami?- spytał Barbossa podając jej rękę.
Promyki słońca wchodziły do kajuty przez okno. Cisza, błoga cisza. Dopiero wzeszło słońce. Alice podniosła się na łokciach i spojrzała przez okno które otaczało jej łóżko. Uśmiechnęła się lekko widząc morze i horyzont i ani kawałka lądu. Statek przyjemnie kołysał się na falach a jego czarne deski przyciągały promienie słoneczne. Odbijał się od wody. Dziewczyna wychyliła się przez okno by zobaczyć morze, które tak kochała.
-Tutaj zanim co kol wiek zrobisz powinnaś się najpierw ubrać- poinformował ją Barbossa zamykając drzwi. Uśmiechnął się lekko. W jego oczach zauważyła błysk.
-A ty powinieneś zapukać- powiedziała spokojnie. Pirat rzucił jej ubrania na łóżko i wyszedł.
-Gubernatorze!- krzyknął młody mężczyzna wchodząc do domu. Gerarde siedział w salonie zalewając się łzami. Stracił swoją Alice...- Gubernatorze, kartka...list w butalce był przy drzwiach- powiedział młodzieniec i podał mu kartkę.
„Dzięki za wszystko. Barbossa”
Gerarde patrzył na wiadomość długo, za długo jak by dopiero docierało do niego co się stało.
-Panie Gubernatorze de Gloth!- Anthony wbiegł do domu zatrzymując się przy Lilly, która objęła go mocno. Wziął ją na ręce.- Słyszałem co się stało- powiedział kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.
-To moja wina...
-Nie, nie pańska... widocznie tak miało być. Obaj wiemy, że Alice marzyła o życiu na morzu...
-Ale to piraci! Chłopcze nie masz pojęcia co piraci robią z dziewczętami, w dodatku tak ładnymi jak Alice!
-Kobieta na pokładzie przynosi pecha Jack- powiedział Gibbs siedząc obok swojego kamrata.
-Ta...wiem- powiedział pirat i pociągnął z butelki- Ale co ja na to poradzę?- spojrzał na starego- Barbossa tu rządzi...- jęknął- Biedna Perła...- dodał po chwili.
-A co myślisz o tej bajeczce o jego córce?
-Myśli, że mu ktoś uwierzy! Obaj wiemy, że we Francji są najlepsze burdele, a więc też wiemy skąd ją wziął- powiedział Jack.
-A Will, jego spojrzenie na nią...
-No właśnie. Ciekawe dlaczego.... Tylko dlatego, że ta mała mu się podoba to ja bym się nią zainteresował, ale Giselle...- Jak pogrążył się w marzeniach. Uśmiechnął się słodko. W tym momencie Gibbs zwątpił w swojego kapitana. To przecież oczywiste, że Alice jest podobna do Elizabeth, a on się zastanawia czemu podoba się Willowi.
Na pokładzie Barbossa wydawał rozkazy. Czuł się jak pan i władca, zwłaszcza, że córka na niego patrzyła. Alice siedziała na burcie patrzyła na taflę wody, która uderzała w boki statku i rozbryzgiwała się. Usłyszała kroki, podniosła głowę i uśmiechnęła się na widok Willa. Oparł się o burtę obok niej. Zupełnie inaczej wyglądała w spodniach, koszuli i płaszczu. Włosy miała potargane i nie uczesane, ale tak jej było ładniej. Oczy brązowe i głębokie jak ocean.
-Stało się coś?- spytała wyciągając go z transu.
-Nie, czemu pytasz?
-Bo dziwnie mi się przyglądasz- uznała z lekkim uśmiechem. Młody Turner również się uśmiechnął. Co miał powiedzieć? Podobasz mi się? Przypominasz mi moją wybrankę serca? Przecież to zabrzmi idiotycznie. Wolał zostawić to dla siebie. Nawet gdy się uśmiechała wyglądała jak Elizabeth. Tyle, że ma inny charakter, ale to da się zmienić. Spojrzał w tę samą stronę co i ona. Czyli na horyzont. Patrzyli długo w ciszy skupiając się tylko na nim.
-Musicie ją znaleźć! Nie macie innego wyjścia- krzyknął Anthony uderzając w stół.
-Chciał bym zauważyć, że nie jest pan ani marynarzem, ani nikim ważnym- Mężczyzna który to mówił spojrzał na niego tak flegmatycznie, że Anthony'emu zrobiło się nie dobrze.- Więc proszę to zostawić ludziom którzy się na tym znają- dokończył swoją kwestię Admirał i znów zaczął rozmawiać ze swoimi ludźmi. Anthony wyszedł z budynku. Był wściekły z tej wściekłości cały drżał. Poszedł na polanę. Tam gdzie często był z Alice. Stał na mostku patrząc na strumyk. Gdyby wiedział, że tak to się zakończy... Żałował. Żałował wszystkiego, że nie powiedział jej co czuje na prawdę, że udawał tylko przyjaciela. A teraz wszystko przepadło. Jego nadzieje, marzenia i Ona. Spojrzał w niebo czując łzy w oczach. Nie mógł już wytrzymać.
-ALICE!- krzyknął przeraźliwie i uklęknął na deskach mostka.

linia

Alice de Gloth

brak kategorii (3)
wszystkie (3)

Alice

 


About me …

Book
Look
Write
Fav me
Podlinkuj
Mój Profil


Przeminęło z wiatrem
2009
czerwiec (3)


Butelki
Opowiadania
Asheara
Cognosce Te Ipsum

Blogi
Recommended


Kamraci
feel
Szablon wykonany na potrzeby tylko i wyłącznie tego bloga